San spuściła głowę. Zaczęła nieśmiało.- Wychowały mnie wilki... To było dawno, zanim... Zanim właśnie ludzie nie zniszczyli mi życia, nie zabili mojej poprzedniej matki. Moi prawdziwi, ludzcy rodzice zostawili mnie samą w lesie jako niemowlę, w nadziei, że pozbędą się swojej niekochanej córki. Chcieli, by pożarły mnie właśnie wilki... Ale właśnie one dały mi dom. Moją poprzednią przyrodnią matką była właśnie wilczyca. Ludzie jednak ją zabili na moich oczach.
Miałam ochotę krzyczeć i gryźć słuchając o takiej niesprawiedliwości! Ona miała gorzej niż ja! A Blue tylko stoi niewzruszona, a ja nic nie mogę poradzić. Opanowałam się jednak. Nie zawahałam się powiedzieć jednak Blue co o tym myślę.
- Blue, ja myślę, że robisz źle. Słyszałaś, co ona mówiła. A to, że ludzie zabili wiele naszych braci i sióstr, to nie jej wina. To ona sama poniosła straty z winy swoich.
- Nie... To wbrew naturze! My musimy walczyć z ludźmi! Jeśli do jutra tu zostanie... Przykro mi, ale będziemy musieli posunąć się do przemocy...
- NIE!!!!!!!!!! - krzyknęłam. - Ja ją dokładnie rozumiem! Mnie też wszyscy odrzucali! Czemu świat jest taki okrutny?!!!
Blue westchnęła.
- Uspokój się. Powiedziałam ''nie''. Tak musi być. Ja wiem swoje...
- A ja swoje! - jęknęłam i poszłam do jaskini.
***
Tymczasem Blue zawołała Valixy.
- Valixy, wiesz, czemu Granmammare zadaje się z tą dziewczyną? Jak chcesz, to możesz spytać Raisera, czy jeżeli tamta sobie jutro nie pójdzie, to rozprawicie się z nią? Ale to tylko konieczność. Jeśli sobie pójdzie, nic jej nie będzie...
Valixy zrobiła dziwną miną. Chciała rzucić się na San przy najbliższej okazji, ale... Zdała sobie sprawę, że ja mogłabym jej nigdy tego nie wybaczyć... Pokiwała jednak posłusznie głową i odeszła... Blue tylko westchnęła. Wiedziała, że sprawiła mi ból, ale taka była konieczność. Prędzej czyt później - każda rana się wyleczy.
***
Ja tymczasem leżałam w jaskini i patrzyłam się w ścianę. Zrozumiałam, że muszę się mieć kim zajmować i to nie tylko Charinn. Nagle Valixy weszła do mojej jaskini. Miała tak poważną minę, że aż się przestraszyłam.
- Granmammare, musisz sama ją stąd wywalić. Inaczej ja i Raiser się z nią rozprawimy.
- Valixy! - warknęłam i coś nagle ukłuło mnie w sercu. Raiser...
- Blue nas prosiła. Ona nie chce źle, to dziwne, że wilk brata się z ludźmi, a skoro chcesz dla San dobrze, to musisz to zrobić, choćby dla JEJ bezpieczeństwa, jeśli tak ci na tym zależy.
Łzy zakręciły się w moich oczach. Jestem taka wrażliwa, że nie potrafię znosić cudzej krzywdy. Wybiegłam z jaskini nie czekając na Valixy. Daleko widziałam już San idącą dumnie i z godnością. Zawyłam przeciągle i pobiegłam za nią. Ona rozpoznała mój głos i zaczekała. Gdy dobiegłam do niej, powiedziałam:
- San, ja nie wiedziałam...
- To nie twoja wina... - uśmiechnęła się słabo San - ...wiem, że nie ma co liczyć na szczęście, doskonale rozumiem Blue. Jestem wygnana. Od urodzenia...
Nagle Charinn zeskoczyła mi z pleców i wskoczyła na ramię mojej niedoszłej, przyrodniej córki.
- Do tej pory Charinn ufała tak tylko mi... Na nikogo innego nie wchodziła...
San uśmiechnęła się.
- Jestem księżniczką... - powiedziała. Otworzyłam pysk ze zdziwienia. Moja rozmówczyni kontynuowała - ... Moja poprzednia wilcza matka była królową odległej puszczy. Walczyłam w imię natury, by inni ludzie nie niszczyli jej bez potrzeby, nie zabijali zwierząt dla zabawy. Tylko takie zwierzęta jak Charinn potrafią mi do końca zaufać.
- San! - zaczęłam. Powiedziałam coś, co bardzo zraniło mnie samą - Jeśli znajdą cię jeszcze jutro na tych terenach, zabiją cię! Proszę, uciekaj!
San uklękła obok mnie i objęła mnie.
- Zawsze cię będę pamiętać jednak jako mamę...
- A ja ciebie jako córkę. - zaskomliłam.
San wstała i założyła maskę na twarz ( zapomniałam dodać, że miała maskę, którą zakładała w razie potrzeby ) i uniosła swój sztylet w górę, jego ostrze zajaśniało w słońcu.
- Żegnajcie wszyscy! - zawołała . Potem schowała swoją broń i uznała, że najłatwiej będzie się po prostu odwrócić i odejść.
Zrobiłam więc jak chciała. Odeszłyśmy nie oglądając się, stęsknione za rodziną... Postanowiłam pójść przeprosić Blue.
Alfa przyjęła moje przeprosiny i uznała, że zapomni o całym zajściu. Odeszłam włócząc łapami po ziemi. Nagle przede mną stanął Raiser. Patrzył na mnie z przerażeniem i bólem.
- Nie myślałam, że bratasz się z tymi okrutnikami...
- Nie wszyscy są tacy! - odparłam. To, że San była księżniczką lasu i przybraną córką wilków, wolałam zostawić tylko dla Blue i dla mnie... Może jeszcze dla Valixy? Raiser wyglądał na zawiedzionego. Odwrócił się i pobiegł do swojej jaskini. Moje dzisiejsze wyczyny wstrząsnęły wiele wilków, ale ja wiedziałam swoje. Nagle przybiegła do mnie Savana i powiedziała:
- Zajmiesz się Scheronem? I może jeszcze Carlito? Ja i Blue musimy ustalić, jak będę dowodzić watahą, dopóki ona nie wróci z wyprawy do wyroczni. Idzie tam z Valixy, Starschine i Raiserem.
- To przyprowadziłabyś mi ich? - spytałam.
- Nie ma sprawy! - zawołała wesoło Savana. Po chwili przybiegli moi podopieczni. Zaczęłam z nimi rozmawiać, o ich dotychczasowym życiu, o tym, jak rozwiązywać problemy. Podzieliłam się z nimi również moją własną historią. Carlito był bardzo zrównoważony, bardzo dorośle się zachowywał, jak na szczenię, Scheron był za to bardzo pogodny i przez cały czas skory do figli. Po jakimś czasie zaczęliśmy się bawić. Młode wilki ''torturowały'' mnie, a ja się śmiałam. Nagle na nos Carlito spadł jesienny liść. Zaczęliśmy się śmiać. Niespodziewanie cień czarnego, skrzydlatego, wilka przysłonił niebo. Wylądował tuż przed nami. Wystraszyłam się trochę, on jednak uśmiechał się do nas życzliwie.
- Jestem Marlow. A wy... - i wtedy urwał.
- Skąd jesteś? - spytałam go nieufnie.
- Blue mnie przyjęła do Watahy Żywiołów. - odparł.
Uspokoiłam się.
- Jestem Granmamamre, opiekuję się tutaj szczeniętami. To są moi podopieczni - Carlito i Scheron.
Marlow przechylił głowę i mrugnął do mnie.
- Fajne macie imiona. - powiedział. - Ile masz lat? - spytał mnie.
- Dwa... - odpowiedziałam zdumiona.
- O! To tyle, ile ja! Granmammare, czy ty... Mogłabyś pokazać mi trochę tych terenów? I co tak właściwie się dziś stało
- Tak. A tamto wydarzenie, to zbyt długa historia, teraz uważają mnie za wariatkę.- odpowiedziałam. Wtedy akurat przybiegła Savana, by odebrać Carlito i Scherona. Uśmiechnęła się życzliwie do Marlow'a i powiedziała, że ma nadzieję, że będzie podobała mu się nasza wataha.
- Marlow, ja bym ci pokazała jedno miejsce dzisiaj, niedługo wieczór, jestem zmęczona, spotkało mnie dzisiaj coś okropnego. Pokażę ci najlepsze miejsce! Molo! Idziemy! - zakomenderowałam. Ruszyłam przed siebie, a Marlow za mną.
< Marlow, co będzie dalej?
>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz